Uwaga! Ta strona używa plików cookies (tzw. ciasteczka), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej

Hasłem przewodnim rozpoczynającego się właśnie nowego roku szkolnego w golińskich szkołach jest „Kultura to nie bzdura”. GIG-ant oczywiście czynnie włącza się do akcji, bo temat kultury jest nam bardzo bliski. Na naszych łamach będą się sukcesywnie ukazywać teksty z tym związane. Na początek wakacyjna podróż Tomka Jankowskiego, nauczyciela muzyki w naszej szkole. Podróż oczywiście muzyczna...

Każdy z nas z utęsknieniem czeka na lato i zasłużone wakacje. To czas odpoczynku, gromadzenia sił na kolejne dziesięć długich miesięcy szkoły. Każdy z nas  pożytkuje go na swój dobrze sprawdzony sposób. Ja na ten przykład uwielbiam jeździć na koncerty i jak co roku staram się odwiedzić kilka festiwali. Zarówno tych dużych, masowych, jak i nieco mniejszych, często typowo lokalnych imprez. Latem nie ma weekendu, żeby coś się nie działo, a i bywa tak, że kilka wydarzeń nakłada się na siebie. I problem co tu potem wybrać?
Poza dwoma sztandarowymi festiwalami (Jarocin i Ostróda), które stanowiły pozycję obowiązkową przy planowaniu urlopu, reszta to raczej na  zasadzie „może zajrzę” albo też wyjazd w ostatniej chwili, na spontanie.

GARDŁORYKI

Nowomiejskie Gardłoryki rosną z każdym rokiem w siłę i stają się powoli imprezą już pond lokalną, co mnie osobiście cieszy. Niezwykła ekipa pasjonatów pod wodzą Fryca odwala kawał mega dobrej roboty. Na ten festiwal przyjeżdża się głównie dla atmosfery, a line-up z roku na rok coraz mocniejszy. W tym roku hedlinerem była legenda death metalu Vader. Poza tym Moskwa i kilka innych „mniejszych” składów, ze szczególnym wskazaniem na zespół Na Górze. Z tą grupą zetknąłem się już jakieś 15 lat temu, kiedy wspólnie z Za Zu Zi i Arką Noego graliśmy charytatywny koncert w Poznaniu. Teraz znów przyszło nam zagrać obok siebie. Dawno nie wdziałem tak szczerej i pozytywnej załogi. Połowa zespołu to ludzie z upośledzeniem, a muzyka to swego rodzaju terapia. Terapia również – a może przede wszystkim – publiczności. Nic tak nie poprawia humoru jak koncert Na Górze. Sprawdźcie kiedyś koniecznie!

JAROCIN FESTIWAL

Nic nie budziło większych emocji niż tegoroczny Jarocin Festiwal. Nowe miejsce, nowa formuła. Więcej było przeciwników niż zwolenników takiej opcji, przynajmniej na naszym lokalnym podwórku. Z jednej strony obawa, jak to będzie, zderzenie się oczekiwaniami, hejtami innymi wiekszymi czy mniejszymi rzeczami, które w całości stanowiły swego rodzaju mur. Z drugiej zaś takie emocji, kiedy zaczyna się coś nowego. Takie pozytywne podniecenie, jak pierwsza randka.... jeśli wiecie co mam na myśli ;)
Tegoroczny Jarocin spędzałem na koncertach (paradoksalnie najmniej), przechadzając się po mieście i miejscach, gdzieś coś ciekawego działo, a się naprawdę sporo. Jarocin Festiwal  "spędziłem" też zawodowo. Pierwszego dnia odbył się finał Jarocińskich Rytmów Młodych czyli zwieńczenie mojej półrocznej pracy. Na rynku zaprezentowało się czterech finalistów: Decadent Fun Club, Sam & Bart, Lepi.my oraz Chorzy. Ostatecznie wygrali ci pierwsi. Jestem bardzo zadowolony z tegorocznego werdyktu naszego jury (jednogłośnie!!!) i widzę ogromny potencjał w tej warszawskiej załodze. Brzmi światowo!!! Z niecierpliwością czekam na nowy singiel i jesienną trasę z jedną z gwiazd tegorocznego Jarocina (to w ramach nagrody).

W sobotę drugiego dnia festiwalu miałem przyjemność wystąpić na Scenie Staw z Projektem Małe Wu Wu. Przypomnieliśmy w nieco zmienionych aranżacjach kilka piosenek z płyty „Małe Wu Wu”, którą blisko 30 lat temu nagrali muzycy Voo Voo z myślą o dzieciach. Dzieci zresztą na niej śpiewały, wspomagane czasem przez Wojciecha Waglewskiego. W Jarocinie Wojciech Waglewski też zaśpiewał, tylko dzieci inne niż te sprzed trzech dekad. Śpiewały dzieci z Jarocina i zrobiły to świetnie. Zagrałem w życiu mnóstwo koncertów, ale ten bez wątpienia zaliczam do najlepszej piątki. Od samego początku, aż do końca była niesamowita energia, która w te niespełna półgodziny naładowała moje baterie do maksimum. A nawet przekroczyła górną kreskę ;)

Scena Staw była sceną darmową, ale przede wszystkim bardzo różnorodną. Wielu obserwatorów uznało ją także za najciekawszą. Bo działo się tam naprawdę dużo. Znakomity Chór Czarownic, TRYP, Sigma i jego goście (jarociński raper pełnił rolę gospodarza pierwszego dnia) czy półfinaliści JRM, którzy wprawdzie otarli się o finał, ale  w Jarocinie zgrali ("scena skrzywdzonych przez jury" rules!!!). I to jak zagrali. Neal Cassady & The Fabulous Emsemble w Trójce na przesłuchaniach strasznie spięci, a w Jarocinie jak sami stwierdzili zagrali „koncert życia”.
Grano przy stawie, grano w ruinach kościoła św. Ducha, grano na rynku i wreszcie parku na polanie. Nie sposób było wszystko zobaczyć. Strasznie żałuję, że nie dotarłem na Variete. Wybrałem Lao Che i Illusion. Poza tym świetny Mazzol, Dezerter czy Hey. No i Krzysiek Zalewski. Jego miałem okazję poznać bliżej, z racji naszej wspólnej pracy przy Jarocińskich Rytmach Młodych, których Krzysiek był ambasadorem, jednym z jurorów oraz grał koncert na koniec każdego z czterech przesłuchań eliminacyjnych.
Zalew w Jarocinie grał dwa razy. Pierwszego dnia ze swoim zespołem wykonywał autorski repertuar, a na finał trzeciego dnia koncert Motyw: Niemen. Zalewski wziął na warsztat kilka utworów - w tym większości mało znanych – zmarłego kilka lat temu jednego z najważniejszych polskich artystów. Repertuar umówmy się nie łatwy, nie tylko w kwestii technicznej (bogate aranżacje, ale przede wszystkim potężny głos), ale również emocjonalnej. Krzysztof poradził sobie wyśmienicie. Po swojemu, ale jednak z szacunkiem dla mistrza. To był zdecydowanie najmocniejszy punkt tego festiwalu i najważniejszy koncert. Bez dwóch zdań. Do teraz zbieram szczękę z podłogi. Szacunek!!!

POWIDZ JAM FESTIVAL

Wśród kilku koncertów, których nie zdążyłem zobaczyć w Jarocinie i czego nie mogłem odżałować, był kończący pierwszy dzień występ Fisza, Emade i ich Tworzywa. Tak się szczęśliwie złożyło, że dokładnie tydzień później byli gwiazdą Powidz Jam Festival.
Byłem tam już w zeszłym roku i bardzo urzekł mnie klimat tej imprezy. Tym bardziej z miłą chęcią wybrałem się nad powidzkie jezioro. Niestety byłem tylko jeden dzień (impreza trwała od czwartku do niedzieli), ale też jechałem przede wszystkim właśnie na młodych Wagli, którzy koncertowo są petardą. Ach ten transik. To już nie hip-hop. Czy to już muzyka taneczna? Niech każdy oceni sam. Ja tam bioderkami ruszałem.

REGGAE NA PIASKACH

Niemal prosto z Powidza udałem się do Ostrowa, gdzie co roku w lipcu odbywa się Reggae Na Piaskach. Festiwal mały, który mam wrażenie nie wykorzystał swojego potencjału, ale ma w sobie to coś, że co roku staram się tam zawitać. Nie ukrywam, że głównie towarzysko, ale muzycznie też coś zawsze przyciąga. W tym roku nastawiałem na grupę Strojnowy czyli nowy projekt Piotra Strojnowskiego, pierwszego wokalisty Daab. Fajne, ale nie zostałem zbyt długo przy scenie. Co innego zaczynający cały fest The Bartenders. Miałem wpaść na chwilkę, a pobujałem się do końca.

PRZYSTANEK WOODSTOCK

Przystanek Woodstock impreza jedyna w swoim rodzaju, której nie da się porównać do żadnej innej. Kto choć raz był w Kostrzynie czy wcześniej w Żarach, ten doskonale wie, o czym mówię. Niestety ostatnimi laty bywałem sporadycznie. W tym roku też nie planowałem. Decyzja zapadła kilka godzin przed wyjazdem. Wprawdzie na jeden dzień, a dokładniej kilka godzin, ale Woodstock to Woodstock.
Zrobiłem sobie krótką wycieczkę i przegląd wszystkich scen, ale cel był jeden – Hey na scenie głównej. Z kilku powodów zapowiadało się na ważny koncert. I takim był. Bo Hey na Woodstocku za każdym razem jest magiczny. Nie inaczej było i teraz.  Jak powiedziała ze sceny Kasia Nosowska, to być może ich ostatni Woodstock (oby tak nie było!). Warto było maszerować 10 km, żeby zdążyć na Hey. Korki przed Kostrzynem były takie, że wjeżdżaliśmy do miasta dłużej, niż zajęło nam pokonanie blisko 250 km, żeby dotrzeć na miejsce!
Hey od jesieni wykonuje na swoich koncertach nieśmiertelny utwór grupy Kult „Arahja”. Już w Jarocinie ta piosenka zabrzmiała bardzo wymowie, ale to co się stało na Przystanku Woodstock przebiło to po tysiąckroć. Kasia Nosowska była wzruszona i nie kryła łez…

OSTRÓDA REGGAE FESTIVAL

Organizatorzy Ostróda Reggae Festival często mówią, że kto raz przyjedzie na ten festiwal, to będzie chciał wracać już co roku. I coś w tym jest. Ja pojechałem ze znajomymi pierwszy raz trzy lata temu. Na spontanie w dodatku. No i od tego momentu wracamy co roku. Co więcej, zarażamy Ostródą innych. Póki co nieźle nam idzie.
NA ORF panuje cudowna atmosfera, pełna radości i wzajemnej życzliwości. W Ostródzie jest to bardzo naturalne, bez grama udawania i sztuczności. To coś, czego nie doświadczam na żadnej innej imprezie. Jest to festiwal, na który czekam cały rok. W dodatku impreza, która  mnie absorbuje również muzycznie. Tegoroczny skład był naprawdę imponujący i na moim papierowym programie, miałem zaznaczoną znaczną ilość koncertów z dopiskiem - pozycja obowiązkowa. Nie udało się tylko w ostatni dzień, ponieważ niespodziewanie musiałem wrócić do Jarocina. Na całe szczęście to, co chciałem zobaczyć najbardziej, grało przez pierwsze dwa dni.
A tym bardzo wyczekiwanym koncertem było brytyjskie The Skints z przecudną multiinstrumentalistką Marcia <3 Nie znałem ich wcześniej, ale kiedy wiosną ogłaszano pierwszych artystów, to sprawdziłem sobie na YouTube. No i wkręciłem się na maksa.  The Sinkts w Ostródzie nie zawiedli. To był obok Zalewskiego śpiewającego Niemena najważniejszy koncert nie tylko tego lata, ale i całego roku.

Poza tym znakomite Dreadzone oraz goście z Australii czyli formacja Kingfisha.  Słyszałem wcześniej kilka nagrań, ale na żywo petarda! Do tego piękne koncerty rodzimych artystów. Przede wszystkim Paprika Korps i kończąca pierwszy dzień Ragana. Kiedy nad prawie całą Polską szalała burza i huragan, to Ostróda pulsowała tłustymi dubami, które odepchnęły burzę. A wszelkie znaki na niebie wskazywały, że jednak i do nas dotrze. Taksówkarz powiedział mi na drugi dzień, że Ostróda jest otoczona przez pięć jezior i one zatrzymały burzę. Myślę, że reggae też miało w tym swój udział ;)
Dobry koncert dał też Damian Syjonfam, obchodzący 35-lecie Bakshish czy pilska Jafia z gościnnym udziałem Stephena Newlanda, na co dzień wokalisty Rootz Underground. Bakshish zaprezentował kilka kawałków pamiętających jarocińskie festiwale z pierwszej połowy lat 80-tych, ale też trzy zupełnie premierowe kompozycje, w tym niezwykle wymowną „Polskę”. Jarex mówił o rzeczach ważnych. Inni też mówili, choćby Vavamuffin czy wspomniany już wcześniej The Skints, gdzie podczas piosenki „Forest for the tree” na telebimie wyświetlono hasła solidarności z Puszczą Białowieską. Był też koncert Tribute to Bob Marley PL, podczas którego polscy artyści złożyli hołd królowi muzyki reggae. Na scenie pojawili się m.in. Mesajah, Damian Syjonfam, Cheeba, Nadia z Naaman, Wlazi z Bethel czy dziewczyny z I Grades. Koncert fajny, choć muszę przyznać nierówny. Mnie najbardziej podobał się Dawid Portasz z grupy Jafia oraz Martyna Baranowska. Tą ostatnią możecie kojarzyć z Chilli Crew. Grupa była 2 lata temu gościem muzycznym podczas Festiwalu Piosenki Młodzieżowej „Śpiewaj i walcz!”. Wróbelki ćwierkają, że Chilli Crew w listopadzie wydają debiutancką płytę (w końcu!) i ponownie pojawią się w Jarocinie.

ZGRZYTOWISKO

Miałem jechać na Regałowisko do Bielawy, które odbywało się w tym samym czasie, ale nie wyszło. Wybrałem się za to na pierwszy dzień Zgrzytowiska, które odbywa się na boisku w Bugaju koło Miłosławia. Festiwal bardzo lokalny, na którym artyści się często powtarzają i Ci sami grają niemal co roku. A jak nie, to co drugi rok. Sam miałem okazję występować już tam chyba z trzy albo nawet cztery razy. No ale ponieważ nie mogłem jechać do Bielawy…. Dodatkowym wabikiem było XXX-lecie Ga Ga Zielone Żabki, których koncerty mogę oglądać w nieskończoność. Bo punk nie umarł, punk olewa system….

 

A tak z zupełnie innej beczki…

Wakacje to także czas letnich przebojów. Staje radiowe i telewizyjne, portale internetowe – wszyscy ścigają się na plebiscyty wybierające wakacyjny hicior. TVP i RMF FM wybrało piosenkę Ani Wyszkoni, która pokonała m.in. Margaret, Kayah czy Grzegorza Hyży. W internecie królowało „Despacito” (i to we wszelakich odmianach z Tico na czele). A ja jak zwykle wybrałem po swojemu ;) A Wy jaki macie przebój lata? Piszcie w komentarzach, wklejajcie link. A tymczasem posłuchajcie I-Grades <3

Tomek Jankowski, 05.09.2017 23:47

0, 220


Komentarze:

Jeszcze nikt nie skomentował tego wpisu.

Dodaj komentarz